niedziela, 2 sierpnia 2015

Farmona — masło do ciała tutti frutti liczi & rambutan


Farmona znana jest z pięknych, przyciągających wzrok opakowań i zniewalających zapachów. Nie inaczej jest z testowanym przeze mnie masłem do ciała o zapachu liczi i rambutana. O ile owoc liczi jest mi znany, o tyle informacji na temat rambutana musiałam poszukać w internecie. Nazwa tego owocu w języku malajskim oznacza "owłosiony", a w Wietnamie mówią na niego "niechlujne włosy" — ze względu na kolce, które znajdują się na skórce owocu. 


Co o nim pisze producent?
Gęste masło do ciała o wyjątkowych właściwościach pielęgnacyjnych oraz fascynującym zapachu dojrzałego liczi i soczyście świeżego rambutanu. Tropikalne szaleństwo, które wyzwala zmysły! Niezwykle słodkie liczi, to symbol i ulubiony owoc chińskich cesarzy z dynastii Ming. Połączone z soczystym, rześkim rambutanem z Malezji nadaje skórze niespotykany, fascynujący aromat upojnej, letniej zabawy. Dzięki zawartości masła Karite głęboko nawilża, odżywia i ujędrnia, sprawiając że skóra staje się zachwycająco miękka, delikatna i jedwabiście gładka. Zatopione w maśle czarne drobinki doskonale masują ciało.

Moja opinia
Kosmetyk zamknięty jest w plastikowym, przyciągającym wzrok opakowaniu. Słoiczek jest bardzo wygodny — nie ma problemu z wykorzystaniem całego produktu. Dodatkowym plusem jest folia zabezpieczająca, dzięki której mamy pewność, że nikt wcześniej nie wkładał palców do masła. Słoiczek wykonany jest z dobrej jakości plastiku — nic się nie łamie, nie kruszy, ani nie odkształca. 


Masło jest gęste i treściwe, ale nie ma problemu z nabieraniem, nakładaniem i rozsmarowaniem kosmetyku. Struktura produktu jest niejednorodna. Różowy krem zawiera w sobie czarne drobinki, które według producenta doskonale masują ciało. Według mnie jest to mit, ponieważ — przynajmniej w moim kosmetyku — tych drobinek jest jak na lekarstwo i są one tak małe, że nie ma mowy o jakimkolwiek masażu. Drobinki bardzo dobrze rozsmarowują się i wchłaniają, więc nie ma obawy, że na ciele zostaną czarne kropki. Podsumowując wątek drobinek: walor estetyczny — tak; deklarowanie działanie — nie. 


Masło ma bardzo intensywny zapach, który długo utrzymuje się na ciele. Niestety, nie mogę odpowiedzieć na pytanie odnośnie zgodności nuty zapachowej, bo nie mam zielonego pojęcia, jak pachnie rambutan. Osoby, które lubią mocne, słodkie zapachy owocowe będą tym kosmetykiem zachwycone. Jak dla mnie na dłuższą metę jest on zbyt męczący, dlatego stosuję go zamiennie z innymi balsamami. Raczej nie smaruję się nim rano, chyba że mam w planach spędzić dzień w domu, ponieważ zapach masła gryzłby się z zapachem perfum. 


Masło do ciała rewelacyjnie nawilża i odżywia, dzięki czemu idealnie nadaje się do skóry suchej i bardzo suchej, której jestem "szczęśliwą" posiadaczką. Kosmetyk bardzo szybko się wchłania, a skóra jest miękka i gładka w dotyku. Nawilżenie utrzymuje się kilkanaście godzin, dzięki temu nie trzeba co chwilę wsmarowywać nowej porcji kosmetyku i można zapomnieć o ściągniętej, suchej i swędzącej skórze. Tak, jak wcześniej pisałam, ze względu na intensywny zapach, nie stosuję tego masła regularnie, więc nie mogę odnieść się do kwestii ujędrniania.
Ze względu na właściwości silnie nawilżające na pewno będę wracała do maseł marki Farmona z serii tutti frutti.  
Masło do ciała liczi & rambutan jest bardzo wydajne. Ja swoje kupiłam w zestawie z olejkiem do kąpieli i peelingiem — z tej samej nuty zapachowej — w promocyjnej cenie na stronie producenta. Za opakowanie masła o pojemności 275 ml trzeba zapłacić około 13 zł. 
Odnośnik do produktu w sklepie producenta — KLIK  

poniedziałek, 27 lipca 2015

Agnieszka Wojdowicz "Niepokorne. Eliza"



Opis książki
"Niepokorne to trylogia opowiadająca o wyjątkowych kobietach, których zawiłe losy splatają się w scenerii młodopolskiego Krakowa. Eliza Pohorecka, Klara Stojnowska i Judyta Schraiber spełniają swoje marzenia kosztem wyrzeczeń i trudnych kompromisów, nierzadko płacąc wysoką cenę za szczęście.

Jest jesień 1895 roku. Eliza Pohorecka dotąd uczyła się zawodu w otwockiej aptece, lecz opuszcza Kongresówkę, gdy jako jedna z pierwszych kobiet zostaje przyjęta na Uniwersytet Jagielloński. W cesarsko-królewskim Krakowie, pełnym uprzedzeń i konwenansów, będzie musiała się zmierzyć z niechęcią wykładowców wydziału farmacji, z tragiczną przeszłością rodziny i z zakazanym uczuciem.
Eliza na szczęście nie jest sama. Otuchy podczas dokonywania niełatwych wyborów dodaje jej Klara Stojnowska, idealistka i emancypantka. Ona także prowadzi swoją prywatną wojnę - przeciwko konserwatywnemu ojcu, profesorowi krakowskiej uczelni.Tymczasem Judyta Schraiber, Żydówka z Kazimierza, ucieka z domu - z namiętności do mężczyzny i z miłości do sztuki. Stara się zostać malarką, bierze lekcje u młodego Staszka Wyspiańskiego, na każdym kroku walcząc o swoją niezależność. Nie wie jednak, że już wkrótce będzie musiała bronić czegoś równie cennego: tożsamości.

Choć Eliza, Judyta i Klara z pozoru bardzo się różnią, coś je jednak łączy.
Każda z nich jest niepokorna…"

Wczoraj skończyłam czytać świetną książkę autorstwa Agnieszki Wojdowicz. Było to moje pierwsze spotkanie z twórczością tej pani, ale na pewno nie ostatnie. Powieść zauroczyła mnie swoim klimatem, nieszablonowymi postaciami, atmosferą młodopolskiego Krakowa, a przede wszystkim opowieścią o wyjątkowych kobietach, które musiały walczyć z przeciwnościami losu i stereotypami, aby zyskać niezależność i spełnić swoje marzenia. Ciekawą fabułę skrywa magiczna, przyciągająca wzrok okładka, na której widnieje dziewczyna z epoki Młodej Polski. 

Nie będę opowiadała fabuły, bo bardzo dobrze robi to opis książki, a zainteresowanych i zaintrygowanych zachęcam do sięgnięcia po pierwszą część trylogii. 

Chciałabym natomiast napisać kilka słów na temat tytułu. Niepokorny to według słownika pozbawiony pokory. Jego synonimami są: nieposłuszny, niesforny, zbuntowany, buntowniczy, przekorny, hardy, nieznośny, krnąbrny. Takie właśnie są główne bohaterki powieści Agnieszki Wojdowicz. Nie rozumiem zbytnio idei, która przyświecała autorce, aby pierwszy tom trylogii oznaczyć imieniem Eliza. Nie zauważyłam, żeby wątek Elizy dominował w tej części powieści. 

Eliza, Klara i Judyta wywodzą się z różnych środowisk, mają inne doświadczenia, ale takie same pragnienia — wyjść poza utarte konwenanse i podążać własną drogą. Los stawia je na swojej drodze, bo w grupie raźniej przecierać nowe szlaki i zmagać się z przeciwnościami losu. W świeci zdominowanym przez mężczyzn nie ma miejsca dla kobiet wyzwolonych. Nawet takie akcje społeczne, jak możliwość studiowania przez kobiety na uczelniach, pięknie brzmią tylko w teorii. Przyjęcie kobiety w poczet studentów Uniwersytetu Jagiellońskiego nie oznacza, że stanie się ona pełnoprawną studentką. Tak naprawdę zależy to od wykładowców i od tego czy przyjmą przedstawicielkę płci pięknej na swoje zajęcia. Dodać tu trzeba, że wykładowcami w większości byli starsi mężczyźni, którzy popierali tradycyjny model społeczeństwa, w którym miejsce kobiet było w domu.

Chęć odmiany i pokazania, że kobiety też mogą decydować o swoim życiu, niosą ze sobą niezrozumienie, odtrącenie i ranienie przez rodzinę i społeczeństwo. Los stawia przed emancypantkami trudne wybory. Przede wszystkim dotyczą one tego czy iść za głosem własnego serca i rozumu, czy też poddać się tradycji i wyborom najbliższych. Niezależnie od tego, którą drogę wybiorą zawsze ktoś będzie cierpiał. Z bijącym sercem śledzimy dojrzewanie, podejmowanie decyzji, upadki i wzloty dziewcząt. Kibicujemy im i nie możemy się nadziwić mentalności ludzi z końca XIX wieku. 

Poza ciekawą fabułą autorka dobrze nakreśliła klimat, atmosferę i sytuację polityczną Polski, a w szczególności Krakowa tamtych czasów. Naświetliła ogromne różnice, które występowały pomiędzy Galicją a Królestwem Kongresowym. Wraz z bohaterami spacerujemy ulicami Krakowa, odwiedzamy kawiarnie, kamienice, mieszkania pod wynajem, poznajemy środowisko artystów młodopolskich. 

Dopełnieniem treści, taką swoistą wisienką na torcie, jest styl pisania. Lekkość pióra, dbałość o dobór słów, a przede wszystkim piękna polszczyzna, to niewątpliwy atut pisarstwa Agnieszki Wojdowicz. Połączenie treści i stylu świadczy o szacunku, jakim darzy autorka czytelników — aż chciałoby się powiedzieć: więcej w ten sposób dopieszczonych powieści na polskim rynku wydawniczym.  
 
Kategoria: Powieść obyczajowa
Liczba stron: 432
Wydawnictwo: Nasza Księgarnia
ISBN: 978-83-10-12518-7 

niedziela, 26 lipca 2015

Ciasto jogurtowe z agrestem


Jutro pojawi się na blogu recenzja książki, którą właśnie skończyłam czytać. Zanim to jednak nastąpi, dodam post z przepisem na szybkie ciasto jogurtowe z agrestem. Robi się je bez użycia miksera. W celu połączenia składników potrzebna jest tylko miska i łyżka. 

Składniki:
2 szklanki mąki tortowej
3/4 szklanki cukru białego lub brązowego
1 łyżeczka proszku do pieczenia
1/2 łyżeczki sody oczyszczonej
1 cukier waniliowy
3 jajka
1 szklanka jogurtu greckiego lub zwykłego naturalnego
1/2 szklanki oleju
agrest według uznania
cukier puder do posypania ciasta

Wykonanie:
Do miski wsypujemy mąkę, cukier, cukier waniliowy, proszek do pieczenia i sodę oczyszczoną. Mieszamy łyżką do połączenia się składników. Dodajemy mokre składniki: jajka,  jogurt i olej. Mieszamy wszystko. Blaszkę kwadratową lub tortownicę wykładamy papierem do pieczenia. Ciasto wylewamy na blaszkę i posypujemy agrestem. Pieczemy 50 minut w piekarniku nagrzanym do 180 stopni. Upieczone ciasto studzimy i posypujemy cukrem pudrem.
  
Smacznego!



środa, 22 lipca 2015

Cztery Pory Roku — Zmywacz do paznokci z gąbką


Zmywacz do paznokci to obowiązkowy produkt w łazience przedstawicielek płci pięknej, które lubią malować paznokcie. Dla mnie najgorszą czynnością było zmywanie resztek lakieru — użycie czasu przeszłego jest tu jak najbardziej wskazane. Jakiś czas temu odkryłam zmywacz do paznokci z gąbką i był to strzał w dziesiątkę!


Co o nim pisze producent?
Ekspresowy zmywacz do paznokci dzięki innowacyjnemu opakowaniu zintegrowanemu z gąbką pozwala szybko i skutecznie usunąć lakier bez użycia płatków kosmetycznych. Specjalnie opracowana formuła z pielęgnującym olejkiem rycynowym chroni skórki wokół paznokci i przygotowuje je pod zabieg manicure. 

Moja opinia
Różowa buteleczka kryje w sobie gąbkę nasączoną zmywaczem, którego zapach nie odbiega od zapachu tradycyjnych zmywaczy do paznokci. 


Gąbka jest zbita, wytrzymała i nie rozrywa się ani nie kruszy. Aby zmyć lakier należy włożyć palec do środka buteleczki — w gąbce są nacięcia, które tworzą dziurę — kilka razy obrócić, w ten sam sposób postępować ze wszystkimi palcami, a na końcu dokładnie umyć ręce. Sposób użycia umieszczony jest na buteleczce. Cała operacja — mówimy tu oczywiście o zwykłym lakierze do paznokci — trwa kilkanaście sekund. Trochę dłużej, ale i tak krócej w porównaniu do tradycyjnych zmywaczy, trwa proces zmywania lakierów typu: brokat czy piasek. 

Lakier na paznokciu

Zmywacz do paznokci

 
Paznokieć po użyciu zmywacza, a przed umyciem rąk wodą

Zmywacz w swoim składzie posiada olejek rycynowy oraz 10% kompleks nail protect. Składniki te wpływają na dobrą kondycję paznokci. Dzięki nim są one wzmocnione i zdrowsze, a skórki nawilżone. Nie zauważyłam, aby po użyciu zmywacza paznokcie się rozdwajały, ale ja generalnie nie mam tego problemu. Zaobserwowałam natomiast, że odkąd stosuję ekspresowy zmywacz do paznokci z gąbką moje paznokcie są naprawdę mocniejsze: nie łamią się i nie pękają. Produkt ten jest naprawdę wydajny. Stosuję go średnio dwa razy w tygodniu od około miesiąca — gąbka jest nadal mokra i bez problemu zmywa lakier. Za 75 ml trzeba zapłacić około 10 zł. 



       

czwartek, 16 lipca 2015

Wojciech Dutka "Taniec szarańczy"


Opis książki
"Paryż, rok 1940. Jean Gilbert, paryski przedsiębiorca, w rzeczywistości sowiecki szpieg Leopold Trepper, przygotowuje się do tajnej misji. Ciąży na nim przeszłość - udział w krwawej hiszpańskiej wojnie i wolta, jakiej dokonał, okradając kompanów z NKWD. Po piętach depcze mu niemiecki kontrwywiad, poszukujący tajemniczego, zmieniającego tożsamość agenta, dla celów operacyjnych nazwanego 'Kameleonem', i fanatyczny francuski policjant tropiący sprawcę serii zbrodni... Paryż, rok 1998. Przy rue St-Lazare, w przerobionej na hotel kamienicy, w której niegdyś mieszkał Gilbert, ginie starszy człowiek z izraelskim paszportem. Komisarz Yves Festiger odkrywa, że morderstwo było w rzeczywistości sprawnie wykonanym wyrokiem śmierci na emerytowanym generale wywiadu. Śledztwo przyjmuje nieoczekiwany obrót, a Festiger staje oko w oko z liczącą sobie pół wieku obsesją zemsty i tajemnicą, której korzenie tkwią w wojennej przeszłości."

Kolejny raz sięgnęłam po książkę Wojciecha Dutki i kolejny raz nie rozczarowałam się. "Taniec szarańczy" to powieść szpiegowsko-sensacyjna, której głównym bohaterem jest Leopold Trepper — postać autentyczna, twórca Czerwonej Orkiestry, superszpieg. Był Żydem, urodził się w Nowym Targu w 1904 roku. W 1930 roku w Marsylii zetknął się z radziecką siatką wywiadowczą, co w rezultacie spowodowało, że rozpoczął działalność na rzecz wojskowego wywiadu radzieckiego. W 1940 roku (od tego momentu rozpoczyna się fabuła), jako Jean Gilbert przybył do Paryża, gdzie założył tajną organizację działającą pod przykrywką — przedsiębiorstwem "Simex". Dzięki temu, że był człowiekiem "o 100 twarzach" zyskał miano "Kameleona", a jego zdolność zmiany wizerunku sprawiła, że przez ponad 20 powojennych lat wywiady zachodnich mocarstw nie mogły trafić na jego ślad. Leopold Trepper zmarł w 1982 roku w Jerozolimie.

Tyle faktów. Przejdźmy teraz do powieści. Wojciech Dutka na kanwie niesamowitego życiorysu Treppera skonstruował ciekawą, trzymającą w napięciu fabułę. Tym razem również nie mamy do czynienia z powieścią stricte historyczną, ale nie takie było założenie autora. Dutka sprawnie łączy prawdę historyczną z fikcją literacką, świat przedstawiony zapełnia autentycznymi i zmyślonymi postaciami, co w rezultacie daje całkiem ciekawy efekt końcowy. 

Powieść biegnie dwutorowo: podczas drugiej wojny światowej i w 1998 roku, gdzie w malutkim hotelu dochodzi do zabójstwa starszego, schorowanego człowieka posługującego się izraelskim paszportem. I tu właśnie mamy mały, ale istotny zgrzyt — brakuje zasygnalizowania, w której przestrzeni czasowej obecnie się znajdujemy. Zaburza to płynność czytania i sprawia, że czytelnik musi się kontrolować. 

Powieściowy Trepper to nie tylko człowiek o wielu nazwiskach i wizerunkach, ale również w przenośni "człowiek o wielu twarzach". Gilbert potrafi pokochać, ale również zabić z zimną krwią — wroga, żonę, przypadkową osobę. Współpracuje i zarazem działa przeciwko komunistom i nazistom. Zadziera z francuską policją, NKWD i gestapo przez co musi zacierać za sobą ślady i zmieniać tożsamość.  

Kolejny raz — co akurat lubię — dzięki autorowi musiałam uzupełnić swoją wiedzę historyczną, sięgając do kopalni wiedzy, jaką jest Internet. Cieszę się, że powstają książki, które posiadają walor edukacyjny i zmuszają do zagłębienia się w poruszaną tematykę. Wiadomo przecież, że inaczej podchodzi się do nauki z przymusu, a inaczej do nauki dla przyjemności, dla lepszego zrozumienia kontekstu historycznego czy postępowania bohaterów literackich. 

Na koniec kilka słów na temat tytułu. Ponoć raz na kilkadziesiąt lat znad Sahary nadciąga ogromna chmura szarańczy, która niszczy wszystko, co spotka na swojej drodze. Czasami można zaobserwować, jak owady atakują jakieś drzewo lub krzew i kołyszą się na wietrze. To kołysanie przypomina taniec. Arabowie twierdzą, że tego, kto zobaczy taki taniec spotka nieszczęście. Kto w powieści zobaczył taniec szarańczy i jak to się dla niego skończyło? Odpowiedź na te pytania znajduje się na kartach powieści, zatem zapraszam do lektury. 

Kategoria: Literatura piękna
Liczba stron: 366
Wydawnictwo: Albatros
ISBN: 978-83-7359-418-0 

środa, 15 lipca 2015

Kilka słów o moich antyperspirantach


Dzisiaj chciałabym wyrazić swoją opinię na temat moich ulubionych antyperspirantów i skorygować swój wpis dotyczący antyperspirantu w kremie marki Garnier. Post na temat tego produktu znajduje się tutaj. 

Garnier Neo


W poście dotyczącym tego antyperspirantu napisałam, że ma on dużą szansę stać się moim ulubieńcem. O ile podtrzymuję to, co napisałam o jego działaniu, o tyle zawiodłam się na opakowaniu. Jest ono nieekonomiczne — nie da się z niego do końca wycisnąć kremu, przez co jego zawartość ląduje w koszu na śmieci. Osoby oszczędne, które nie lubią niczego marnować, będą musiały obciąć opakowanie, aby dostać się do jego zawartości. Szkoda, bo z tego powodu na pewno nie wrócę do tego antyperspirantu.

Ok, teraz nadeszła pora na przedstawienie moich ulubieńców. Od kilku lat moim numerem jeden jest bloker Ziaja.


Co o nim pisze producent?
Skutecznie redukuje nadmierne pocenie. Ogranicza wydzielanie potu i przykrego zapachu. Zapewnia długotrwałe uczucie świeżości.


Moja opinia
Blokera używam zgodnie z zaleceniami producenta — najpierw trzy dni na noc, po tym czasie dwa razy w tygodniu. Na początku mojej przygody z tym produktem odczuwałam dosyć duże swędzenie, chwilami tak intensywne, że miałam ochotę zmyć antyperspirant ze skóry. Jednak jest to chyba normalna reakcja na kosmetyk, bo po kilku zastosowaniach nieprzyjemne uczucie zniknęło. Z tego co wiem inne osoby, które używają blokera Ziaja również odczuwały to charakterystyczne swędzenie. Antyperspirant jest bardzo wydajny, ale trzeba uważać, bo jest wodnisty i może zdarzyć się niespodzianka w postaci cieknącej strużki. Bloker wolno schnie, ale ze względu na porę aplikowania nie sprawia to większego problemu. Ze względu na działanie wysusza delikatnie skórę, ale znowu dzięki temu, że stosuje się go maksymalnie dwa razy w tygodniu, nie powoduje to większego dyskomfortu. Antyperspirant naprawdę, jak to obiecuje producent, ogranicza wydzielanie potu i przykrego zapachu. Na korzyść blokera przemawia także kulka, która nie zacina się ani nie blokuje. 
Cena za 60 ml około 7 zł.

Drugim antyperspirantem, którego używam od wielu miesięcy jest invisible for black&white marki Nivea.



Co o nim pisze producent?
Ochrona przed białymi śladami na czarnych ubraniach oraz powstawaniem żółtych plam na białych. 



Moja opinia
Produkt zamknięty jest w dobrze wyprofilowanej przezroczystej buteleczce, dzięki czemu widzimy, ile produktu jeszcze zostało. Jest to również, jak wcześniej wspominany bloker,  antyperspirant kulkowy. Posiada wyczuwalny zapach, jednak nie koliduje on z zapachem używanych perfum. Kosmetyk długo wchłania się, ale jego działanie rekompensuje mi oczekiwanie na "suche" pachy. Nie polecam ubierania się zaraz po aplikacji produktu, bo zostawi nieestetyczne plamy. Między bajki należy włożyć zapewnienia producenta o 48-godzinnej ochronie. Szczerze powiedziawszy nie wierzę w tego typu opisy, a nawet gdybym wierzyła, to nie byłabym w stanie sprawdzić, bo nie wyobrażam sobie zakończenia dnia bez prysznica. Antyperspirant nie podrażnił mnie ani nie uczulił. Nivea invisible for black&white zapewnia mi wystarczającą ochronę przed poceniem. 
Cena za 50 ml około 9 zł.

Moje odkrycie ostatnich miesięcy, to R117 marki Lou Pre.



Co o nim pisze producent?
Skuteczny antyperspirant, który jednocześnie pielęgnuje skórę, o delikatnym zapachu zielonego jabłka, magnolii, tuberozy i konwalii. 


Moja opinia
Antyperspirant zamknięty jest w eleganckim opakowaniu koloru perłowego z delikatnym złotym paskiem. Jest to również antyperspirant kulkowy. Produkt bardzo szybko się wchłania, nie pozostawia brzydkich plam na ubraniach. Kosmetyk nie podrażnia, nie uczula i nie wysusza skóry. Bardzo dobrze chroni przed poceniem. Posiada mocny, ale bardzo przyjemny zapach. Najlepiej, według zaleceń producenta, stosować go z perfumami C117 i V117. 
Cena za 50 ml 16,90 zł.

piątek, 10 lipca 2015

Lisa See "Kwiat Śniegu i sekretny wachlarz"


Opis książki
"Niezwykła historia dwóch Chinek laotong: przyjaciółek od serca, które - by zostać bratnimi duszami - musiały według tradycji posiadać wiele wspólnych cech. Lilia i Kwiat Śniegu urodziły się w tym samym czasie i tego samego dnia brutalnie skrępowano im stopy. Ich losy, wyznaczone przez chińskie zwyczaje, potoczyły się jednak odmiennie..."

Literatura Bliskiego i Dalekiego Wschodu zarazem fascynuje i przeraża przeciętnego Europejczyka. Zadziwia swoją egzotyką, pięknem krajobrazu, a wzbudza trwogę tradycjami, obyczajami i pozycją kobiet w społeczeństwie. Nie inaczej jest podczas lektury powieści Lisy See. 

"Kwiat Śniegu i sekretny wachlarz" to fikcja literacka oparta na autentycznych zapiskach bezimiennych kobiet chińskich żyjących w dziewiętnastym wieku. Autorka zaprasza nas w niezapomnianą podróż na chińską prowincję, gdzie kobieta to "bezużyteczna gałązka", a potomek płci żeńskiej, to jeszcze jedna "gęba" do wyżywienia, gdzie za największe błogosławieństwo uznaje się śmierć nowo narodzonej dziewczynki. Kobieta od najmłodszych lat uczona jest bezwzględnego posłuszeństwa: najpierw względem ojca, potem męża, a na końcu syna. Od szóstego roku życia przebywa w domu, gdzie większość czasu spędza w izbie dla kobiet, ucząc się prac typowo kobiecych.

Bohaterką, a zarazem narratorką powieści jest osiemdziesięcioletnia Lilia. Dzięki jej opowieści poznajemy trudy życia codziennego, obyczaje i okrutną względem małych dziewczynek tradycję krępowania stóp. Najbardziej przerażające jest to, że ból i cierpienie związane z krępowaniem stóp zadawały swoim córkom matki. Lisa See nie szczędzi czytelnikowi drastycznych opisów związanych z tym zwyczajem. Po co i dlaczego krępowało się stopy? Otóż w dziewiętnastowiecznych Chinach wartość kobiety mierzono dobrze ukształtowaną stopą, najlepiej o długości siedmiu centymetrów — była to "złota lilia" — oraz ilością urodzonych synów. W praktyce wyglądało to w ten sposób, że im mniejsza stopa, tym wyższa pozycja w hierarchii społecznej. Kobiety, którym w dzieciństwie nie krępowano stóp były napiętnowane, tzn. mogły pracować w polu albo zostać "małymi synowymi" wykorzystywanymi seksualnie przez wszystkich mężczyzn w rodzinie. 

Lilia pochodziła z ubogiej rodziny, jednak miała szczęście, ponieważ jej los został spleciony z losem innej dziewczynki o imieniu Kwiat Śniegu i przypieczętowany laotong czyli węzłem przyjaźni, w którym miłość siostrzana jest silniejsza i trwalsza niż ta, która występuje między małżonkami. Dziewczynki, tak jak i wiele kobiet posługiwały się nu shu, czyli sekretnym pismem kobiet. Pismo to różniło się znacznie od pisma mężczyzn, którzy nie ingerowali w sposób komunikacji płci przeciwnej. Same kobiety musiały wykazać się inteligencją, gdyż znaczenie słów należało odczytywać w kontekście tekstu, inaczej treść przekazu wprowadzała zamęt i niezrozumienie, co natomiast prowadziło do nieporozumień.   

"Kwiat Śniegu i sekretny wachlarz" to powieść o dojrzewaniu kobiet i pokonywaniu przez nie kolejnych etapów życia: Dni Córki, Dni Upinania Włosów, Dni Ryżu i Soli, Dniu Spokojnego Siedzenia. Każdy z tych etapów to bogata skarbnica wiedzy na temat obrzędów, tradycji i obyczajów związanych z różnymi wydarzeniami, które są nierozerwalnie związane z codziennym życiem na chińskiej prowincji. Poza wspomnianym już przeze mnie zwyczajem krępowania stóp dowiadujemy się między innymi o tym jak wyglądał pochówek zmarłych, jak wyglądały przygotowania przedślubne oraz jak przebiegała sama ceremonia zaślubin. 

Zachęcam każdego, kto gotowy jest na to, aby zmierzyć się z brutalnym i niewyobrażalnym dla nas życiem kobiet chińskich w dziewiętnastym wieku, do sięgnięcia po powieść Lisy See "Kwiat Śniegu i sekretny wachlarz".  

Kategoria: Literatura piękna
Liczba stron: 350
Wydawnictwo: Świat książki

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...