poniedziałek, 10 sierpnia 2015

Biało-czarne muffinki


Szybkie w wykonaniu, delikatne i mięciutkie — takie właśnie są te dwukolorowe muffinki. Najlepiej smakują lekko ciepłe, ale również na drugi dzień nie tracą swoich walorów smakowych. 

Składniki:
2 szklanki mąki tortowej
1/2 szklanki cukru brązowego
2 jajka
1 i 1/2 szklanki jogurtu naturalnego
50 ml oleju roślinnego
2 łyżeczki proszku do pieczenia
1 cukier waniliowy
szczypta soli
3 łyżki ciemnego kakao

Wykonanie:
W jednej misce mieszam suche składniki, czyli: mąkę, cukier, proszek do pieczenia i szczyptę soli. W drugiej misce mieszam mokre składniki, czyli: jogurt, olej i jajka. Połowę suchych składników przesypuję do trzeciej miski, dodaję do niej kakao i mieszam. Do pozostałych suchych składników dodaję cukier waniliowy i mieszam. Mokre składniki rozlewam po połowie do misek z suchymi składnikami i mieszam. Do papilotek albo foremki muffinkowej wkładam najpierw  po 1 łyżce masy jasnej, następnie po 1 łyżce masy ciemnej. Muffinki piekę przez 25 minut w piekarniku nagrzanym do 220 stopni Celsjusza — góra-dół, na drugiej półce od dołu. Upieczone i ostudzone muffiny posypuję cukrem pudrem.

Smacznego!  

niedziela, 9 sierpnia 2015

Krzysztof Beśka "Ornat z krwi"


Opis książki
"Kiedy ornat spływa krwią…
Przez wieki kościoły Malborka, Kwidzyna, Gdańska i Fromborka skrywały wielką tajemnicę. Przywędrowała ona na te tereny wraz ze św. Wojciechem, by przez stulecia znajdować się pod ochroną największych myślicieli, w tym braci Mikołaja i Andrzeja Koperników. Aby ją chronić przed żądnymi władzy osobami, zginęło wiele osób. I ginie do dziś…
Archeolożka Ewa Rimmel oraz dziennikarz Tomasz Horn nagle znajdują się w centrum wyjątkowo niebezpiecznych wydarzeń. Ktoś, wyraźnie czegoś szukając w kościołach, brutalnie i bez skrupułów zabija księży, a także wkracza na tereny prowadzonych wykopalisk. Ewa i Tomasz, chroniąc życie swoje i przyjaciół, zaczynają śledztwo, którego finał okaże się totalnym zaskoczeniem dla wszystkich."

Powieść, którą właśnie skończyłam czytać, jednocześnie zachwyca i zawodzi oczekiwania. Najpierw opis, a potem kolejne strony lektury kuszą obietnicą świetnej powieści kryminalno-sensacyjnej, aby w rezultacie rozczarować swoim zakończeniem. 

Fabuła biegnie dwutorowo: współcześnie, gdzie w tajemniczych okolicznościach giną — zdawałoby się — przypadkowi ludzie oraz retrospektywnie, gdzie poznajemy pewne zdarzenia i postacie historyczne związane z wydarzeniami współczesnymi. Właściwa akcja jest bardzo dynamiczna: zabójstwa, porwania, sekta z nawiedzonym przywódcą na czele, który dąży do zrealizowania tajnego planu. Wątki historyczne natomiast spowalniają akcję, wprowadzają kolejne elementy wiążące przeszłość z teraźniejszością. Momentami są one przydługawe, czym wybijają z rytmu, ale mi osobiście nie przeszkadzają. Wątki historyczne przenoszą nas do 997 roku czyli chrystianizacji Polan — działalność św. Wojciecha i jego męczeńska śmierć, do 1330 roku — zabójstwo Wielkiego Mistrza Zakonu Krzyżackiego Wernera von Orselna, do 1513 roku — Mikołaj Kopernik i jego brat Andrzej na ziemi fromborskiej, do 1986 roku — kradzież i dewastacja sarkofagu św. Wojciecha. 

Miejsca akcji, to podnoszące adrenalinę wnętrza kościołów, skrywające w swoich kryptach niejedną tajemnicę. To również komnaty zamku malborskiego, które kryją sekrety swoich dawnych mieszkańców. To właśnie w tych miejscach historia bierze swój początek i przeplata się ze sobą. 

Trochę słabiej wypada kwestia kreacji bohaterów. Po pierwsze jest ich sporo, szczególnie drugoplanowych, co znacznie zmniejsza komfort czytania. Po drugie zostali potraktowani trochę po macoszemu. Poznajemy ich tu i teraz; poza drobnymi wzmiankami nie znamy ich przeszłości, brakuje mi również aspektu psychologicznego. Tak naprawdę nie wiemy, co myślą, co czują, jakie mają oczekiwania.   

Krzysztof Beśka napisał powieść prostym, plastycznym językiem. Skąpe, ale sugestywne opisy sprawiają, że dosłownie czuć chłód starych murów i towarzyszącą bohaterom napiętą atmosferę. Atmosferę, która w ostatnim akcie ulatuje, jak powietrze z przebitego balonu. Chciałoby się rzec — DLACZEGO? Dlaczego, tak dobrze zapowiadająca się powieść została zniszczona, tak słabym i banalnym zakończeniem. Jedno jest pewne, autor zaskoczył czytelników, ale nie jest to zaskoczenie w pozytywnym tego słowa znaczeniu.     
 
Kategoria: kryminał
Liczba stron: 580
Wydawnictwo: Oficynka
ISBN: 978-83-62465-73-6

Lou Pre — uniwersalny płyn do mycia


Przychodzę do Was z recenzją uniwersalnego płynu do mycia marki Lou Pre.

Co o nim pisze producent?
Jeden, wielozadaniowy środek, idealny do odświeżania całego domu, doskonały wówczas, gdy nie ma konieczności zastosowania specjalistycznych preparatów. Szybko i skutecznie usuwa wszelkie zanieczyszczenia z armatury sanitarnej, blatów kuchennych, ścian, mebli i podłóg, na długo pozostawiając subtelny zapach świeżości i czystości. 
  • doskonały preparat do wszystkich powierzchni zmywalnych
  • wysoce skuteczny w usuwaniu hydrofobowych zabrudzeń 
  • czyści i nadaje kryształowy połysk
  • posiada wydajną, skoncentrowaną formułę
  • jest bezpieczny dla mytych powierzchni
  • pozostawia długotrwały, przyjemny zapach.

Moja opinia
Produkt zamknięty jest w plastikowej, nieprzezroczystej butelce. Posiada tradycyjną zakrętkę-miarkę. Ma bardzo przyjemny owocowo-waniliowy zapach. Używam go do tzw. "codziennego" mycia kuchni, łazienki i płytek. Po użyciu preparatu mieszkanie długo pachnie świeżością i aromatem płynu do mycia. Płyn ma bardzo ładny, różowy kolor. 




Producent pisze o tym, że produkt posiada skoncentrowaną formułę, dzięki czemu na jedno mycie zużywamy niewielką jego ilość. Przekłada się to na wydajność — swojego płynu używam prawie 2 miesiące i nie wykorzystałam jeszcze połowy produktu. Umyta powierzchnia nabiera blasku i lśni czystością. Uniwersalny płyn do mycia świetnie się pieni.


Za 1000 ml trzeba zapłacić 20,90 zł, ale biorąc pod uwagę wydajność produktu, nie jest to cena wygórowana.  

czwartek, 6 sierpnia 2015

Farmona — olejek do kąpieli tutti frutti liczi & rambutan


W dzisiejszym poście przedstawię kolejny produkt Farmony z serii tutti frutti liczi & rambutan — olejek do kąpieli. Recenzja masła do ciała tutaj. 

Co o nim pisze producent?
Tropikalne szaleństwo, które wyzwala zmysły! Niezwykle słodkie liczi, to symbol i ulubiony owoc chińskich cesarzy z dynastii Ming. Połączone z soczystym, rześkim rambutanem z Malezji nadaje skórze niespotykany, fascynujący aromat upojnej, letniej zabawy. Wyjątkowo lekka, puszysta piana z opalizującymi, złocistymi drobinkami zmysłowo otula i rozświetla ciało, a zniewalający zapach wibrującej słodkości liczi z intrygującą nutą rambutanu uwodzi, relaksuje i pozwala oddać się błogiemu lenistwu. Dzięki zawartości kompleksu nawilżającego nie wysusza skóry, delikatnie ją wygładza i zmiękcza.

Moja opinia
Olejek do kąpieli, a właściwie żel pod prysznic/płyn do kąpieli, bo z olejkiem ten kosmetyk ma niewiele wspólnego, zamknięty jest w przezroczystej butelce z zamknięciem typu "klik". Zamknięcie jest solidne, trwałe, powiedziałabym wręcz, że ciężko się otwiera. Z jednej strony daje to gwarancję, że zanim zużyjemy zawartość będziemy mieli czym zamykać buteleczkę, z drugiej strony otwarcie opakowania mokrymi rękami jest trochę utrudnione. Ale, jak to mówią: coś za coś ;)

  
Zapach w buteleczce jest intensywny, jednak w połączeniu z wodą jest stonowany — nie jest męczący, jak w przypadku masła do ciała. Niezależnie od tego czy olejek pełni funkcję płynu do kąpieli czy żelu pod prysznic ma właściwości aromaterapeutyczne i pozwala się zrelaksować. Dzięki kolorowej szacie graficznej oraz pięknej, opalizującej i różowej zawartości olejek ładnie prezentuje się na półce. Dodatkowo możemy kontrolować ile kosmetyku nam zostało. Kremowa konsystencja sprawia, że produkt łatwo się aplikuje, ale — pytanie za 100 punktów: w jaki sposób można odmierzyć (pomijam tutaj używanie miarek tudzież innych przedmiotów) 25 ml olejku? Tyle właśnie producent zaleca użyć do jednej kąpieli. Ja po prostu wlewam na oko ;) Olejek bardzo dobrze się pieni, a odpoczynek w wannie wypełnionej pachnącą pianą jest najlepszym relaksem po męczącym dniu. 


Olejek do kąpieli ładnie opalizuje, ale nie pozostawia na skórze świecących drobinek. Skóra jest dobrze nawilżona, odżywiona i wygładzona. W połączeniu z masłem do ciała efekt ten jest wzmocniony i wydłużony. Kosmetyk jest bardzo wydajny. Za opakowanie 500 ml trzeba zapłacić 12 zł.
Jest to produkt, do którego na pewno będę wracała. 

 

Lody dla ochłody o smaku morelowym


Uff, jak gorąco! A na taką pogodę najlepsze są lody. Dzisiaj podam przepis na lody morelowe, ale tak naprawdę można je zrobić z dowolnych/ulubionych/posiadanych owoców. Lody robiłam w thermomixie, ale można je również przygotować w blenderze. Owoce wcześniej pokroiłam na drobne kawałki i zamroziłam, dzięki czemu deser jest gotowy do zjedzenia zaraz po przygotowaniu. Cześć masy lodowej przelałam do specjalnych pojemniczków na lody i zamroziłam. Po kilku godzinach dzieci miały lody na patyku. Deser można przygotować ze świeżych składników, ale wtedy na lody trzeba poczekać do momentu zmrożenia się masy.  

Składniki:
400 g zamrożonych moreli
200 g zamrożonych bananów
100 gram cukru 

Wykonanie:
Cukier zmielić na puder — 20 s/obr. Turbo. Wsypać zamrożone wcześniej owoce i rozdrobnić — 30 s/obr.Interwał. Wyrabiać za pomocą kopystki — 2 min/obr.poz.6. Porcjować do miseczek, albo przelać masę do pojemniczków na lody.   

Wersja dla osób przygotowujących lody w blenderze:
Wyjmujemy owoce z zamrażalki i zostawiamy na około 8 minut, aby trochę odtajały. Przekładamy do blendera, dodajemy cukier puder i miksujemy na gładką masę. Dalej postępujemy, jak w przypadku thermomixa.    

Smacznego!


Masę można również zamrozić w plastikowych kubeczkach, np. po jogurtach, do których wkładamy patyczki po lodach albo łyżeczkę. Poniżej lód zrobiony w kubeczku do napojów  z łyżeczką zamiast patyczka.

 

wtorek, 4 sierpnia 2015

Renata Czarnecka "Barbara i król. Historia ostatniej miłości Zygmunta Augusta"


Opis książki
"Historia Barbary Giżanki, pięknej mieszczki, która miała być jedynie narzędziem w rękach ambitnego rodu Mniszchów, a stała się ostatnią miłością króla Zygmunta Augusta.
Jest schyłek 1570 roku. Niemal od dwudziestu lat Zygmunt August opłakuje Barbarę Radziwiłłównę. Jej przedwczesna śmierć, kolejne nieudane małżeństwo — tym razem z Katarzyną Habsburżanką — i brak następcy tronu powodują, że starzejący się król utracił już nadzieję na odmianę losu. Niespodziewanie na jego drodze staje kobieta łudząco podobna do zmarłej Radziwiłłówny. Barbara Giżanka, kupiecka córka, sprawia, że król odzyskuje wolę życia i ponownie zaczyna marzyć o szczęściu. Ale piękna kupcówna nie dzieli z królem jedynie łoża. Jej wpływ na króla jest coraz większy, co wzbudza nienawiść dworzan i szlachty. Jak długo Barbarze uda się wieść dostatnie życie na dworze i zachować miłość króla…?"

Zygmunt August, syn Bony Sforzy i Zygmunta Starego, to postać tragiczna. Jego śmierć zakończyła panowanie wielkiej dynastii Jagiellonów. Bycie pięknym i bogatym, a do tego władcą nie zawsze szło w parze ze szczęściem osobistym. Królewskie dzieci były kartami przetargowymi w rozgrywkach politycznych pomiędzy wielkimi mocarstwami. Królowie, planując małżeństwa swoich pociech kalkulowali, z którym państwem najlepiej zawrzeć ten swoisty sojusz. Nie dziwi więc, że "uszczęśliwieni na siłę" małżonkowie szukali pociechy w ramionach kochanków. Nie inaczej było w przypadku Zygmunta Augusta. Jego skłonność do romansów doprowadziła do tego, że we wczesnej młodości zaraził się chorobą weneryczną, co najprawdopodobniej było przyczyną bezpłodności. 

Najgłośniejszy romans Zygmunta Augusta z Barbarą Radziwiłłówną — myślę, że wiele osób widząc tytuł książki,właśnie tę Barbarę miało na myśli, co jest oczywiście błędną interpretacją — rozpoczął się jeszcze za życia pierwszej żony króla, Elżbiety z Habsburgów. Romans przerodził się w wielką miłość, a ta dodała Zygmuntowi Augustowi siły, aby walczyć o swoje szczęście: uznanie potajemnego małżeństwa, a następnie o koronację Barbary. Szczęście to nie trwało długo. Barbara zachorowała, król pielęgnował ją, aż do śmierci, a do końca swojego życia, czyli przez kolejne 20 lat, nosił żałobę.   

Schorowany, znudzony życiem, co rusz zerkający tęsknym okiem na portret Radziwiłłówny, manipulowany przez "życzliwych" — w szczególności Mniszchów, którzy za wszelką cenę chcą pozbyć się Zuzanny Orłowskiej — metresy królewskiej, a przy tym zyskać, jak najwięcej korzyści dla siebie, to obraz króla, który wyłania się nam z kart powieści Renaty Czarneckiej. Mniszchowie dosłownie "podsuwają" Zygmuntowi Augustowi piękną kupcównę Barbarę Giżankę, która jest do złudzenia podobna do zmarłej Radziwiłłówny. Dzięki niej władca odzyskuje chęć do życia, wierzy nawet w to, że zostanie ojcem. 

Renata Czarnecka w zgrabny sposób połączyła fakty historyczne z fikcją literacką oraz stworzyła ciekawe i realistyczne portrety bohaterów. Autorka podjęła się nie lada wyzwania, bo sama przyznaje, że o Barbarze Giżance napisano niewiele. Strzępki informacji i wyobraźnia pisarki przełożyły się na powstanie świetnej powieści historycznej. Tło historyczne, plastyczne opisy, wydarzenia są dopracowane i wiarygodne, co przekłada się na jakość odbioru. Lektura w żaden sposób nie męczy, nie ma się poczucia sztuczności, naciągania faktów ani przypadkowości. Każda postać, niezależnie od tego czy jest pierwszoplanowa, czy drugoplanowa ma swoją misję do spełnienia, a przy tym znakomicie wpisuje się w fabułę. 

W powieści zabrakło mi jednego elementu, albo do końca nie zrozumiałam intencji autorki. Otóż powieść rozpoczyna się prologiem, w którym Barbara, po śmierci król, oddaje hołd królewnie Annie i oczekuje na łaskę. Następnie poznajemy historię romansu władcy i Giżanki, romansu, który kończy się śmiercią Zygmunta Augusta. W tym momencie powinniśmy wrócić do spotkania nakreślonego w prologu, aby poznać decyzję Jagiellonki i zamknąć utwór  klamrą. Jednak niczego takiego nie dostajemy i przynajmniej ja po skończonej lekturze odczułam pewien niedosyt. 

Uważam jednak, że "Barbara i król. Historia ostatniej miłości Zygmunta Augusta" jest powieścią interesującą i godną polecenia.  

Kategoria: powieść historyczna
Liczba stron: 352
Wydawnictwo: Książnica
ISBN: 9788324580941

niedziela, 2 sierpnia 2015

Proziaki — wspomnienie dzieciństwa


Proziaki, to popularne w Bieszczadach pieczywo na sodzie, smażone na kuchni lub suchej patelni. Placki te często smażyła moja babcia, a teraz ja od czasu do czasu smażę je dzieciom. 

Składniki:
1/2 kg mąki pszennej
300 g kefiru, zsiadłego mleka lub maślanki
1 jajko
1 łyżeczka soli
1 łyżeczka cukru
1 i 1/2 łyżeczki sody oczyszczonej

Wykonanie:
Ja swoje ciasto przygotowuję w thermomixie. Wszystkie składniki wkładam do naczynia miksującego i wyrabiam 3 minuty w pozycji interwał. Po tym czasie przekładam ciasto na stolnicę, obficie posypaną mąką. Ciasto rozwałkowane na grubość 1-2 cm kroję nożem na mniejsze kawałki. Smażę na suchej patelni, na wolnym ogniu około 4 minuty z każdej strony. Jak mówiła moja babcia: aby sprawdzić czy proziak jest dobrze upieczony należy go postukać palcem, powinien wtedy wydać głuchy dźwięk. Proziaki najlepiej smakują ciepłe posmarowane masłem. 

Tradycyjny sposób wykonania:
Mąkę przesiać na stolnicę i dodać resztę składników. Wszystkie składniki dobrze zagnieść i wyrobić jednolite, elastyczne ciasto. W kolejnych krokach postępować tak, jak opisałam to wyżej. 

Smacznego!      


Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...